Przypomnę, że w trakcie powstania warszawskiego Niemcy zamordowali ok. 200 tys. Polaków. Warszawę w trakcie i po powstaniu warszawskim praktycznie zrównano z ziemią, by się nigdy nie podniosła. To jest symbol dla wszystkich Polaków, żeby pamiętać, że my tę Warszawę podnieśliśmy z ruin i odbudowaliśmy – opowiadał. Ratująca ich przed wojenną zagładą Zofia Kossak-Szczucka pisała: „Nienawidzą nas oni więcej niż Niemców, że czynią nas odpowiedzialnymi za swoje nieszczęście. Dlaczego, na jakiej podstawie, to pozostaje tajemnicą duszy żydowskiej, niemniej jest faktem nieustannie potwierdzanym. Świadomość tych uczuć jednak nie zwalnia nas z Józef Stalin głęboko, osobiście nienawidził Polaków, po części z powodu przegranej bolszewików w 1920 r., i było to istotnym czynnikiem w decyzji o zawarciu paktu z hitlerowskimi Niemcami i dokonaniu w 1939 r. rozbioru Polski - mówi PAP brytyjski historyk Antony Beevor. Nienawidził Polaków, ale wydawał kalendarz po polsku. 2023-09-13 10:00:00 (ost. akt: 2023-09-13 15:13:04) Autor zdjęcia: Igor Hrywna. Na rynku stoi sobie pruska baba. Problem w tym, że, ani ona pruska, ani baba. Tylko chłop i to na dodatek mazurski. P rzeprowadzona w Związku Sowieckiem kolektywizacja była zbrodnią na ludzkości. Gdyby nie późniejszy Holocaust dokonany przez Niemców, to o niej pisalibyśmy: 'największa zbrodnia The Bolshevik coup d’état of 1917 brought him and his comrades their first, glorious taste of success. Their unlikely revolution—the result of Lenin’s high-risk gambles—validated their . Dzieło Józefa Stalina było konstrukcją solidną. Zanim zajmiemy się w kolejnych artykułach poszczególnymi elementami tej budowli w powojennej Polsce, rzućmy okiem na całość. Stalinizm. Stalinizm można określić jako system oparty na upaństwowieniu gospodarki i rozciągnięciu – przy użyciu przemocy – kontroli państwa nad całym życiem społecznym (w najszerszym tego słowa znaczeniu) oraz na przejęciu omnipotentnego państwa w monopolistyczne władanie przez – scentralizowaną, zhierarchizowaną, opartą na zasadzie wodzowskiej – partię komunistyczną, która legitymizowała się wizją światowej rewolucji i spełnienia utopii. Pomocnik Historyczny „Stalinizm po polsku” (100053) z dnia CZYM BYŁ STALINIZM; s. 8 Rzadko się zdarza, by Polak w Rosji był otaczany kultem. I to Polak, który szczerze Rosjan nienawidził, wymordował ich miliony, zdziesiątkował rosyjską inteligencję. A jednak w Rosji pomniki tego Polaka wciąż stoją, instytucje państwowe oddają mu cześć, w sklepie z pamiątkami na Kremlu można kupić T-shirty z jego wizerunkiem, a 11 września, czyli dzień urodzin tego polskiego szlachcica, jest świętem rosyjskich cywilnych służb specjalnych. Feliks Dzierżyński nadal traktowany jest w Rosji jak półbóg. Dla wywodzących się z KGB elit jest „świętym" założycielem sowieckiej bezpieki. Z podobną estymą traktuje się go na Białorusi, gdzie dodatkowo jest swojakiem z Mińszczyzny. Kult „Żelaznego Feliksa" zaszczepiano w całym dawnym bloku sowieckim. Lubiący się płaszczyć przed Moskwą komuniści z NRD nazwali elitarny oddział swojej bezpieki Pułkiem Wartowniczym im. Feliksa Dzierżyńskiego. W PRL czczono „Krwawego Felka" pomnikami, propagandowymi publikacjami i filmami. Z kultu tego na zachód od Bugu nic już nie zostało. Zburzenie warszawskiego pomnika „Czerwonego Kata" w Warszawie w 1989 r. stało się symbolem upadku komunizmu. Co prawda w ostatnich latach nieco ociepliła jego wizerunek książka Sylwii Frołow „Dzierżyński. Miłość i rewolucja", ale Feliks Edmundowicz jest powszechnie uznawany przez Polaków za zdrajcę, mordercę i psychopatę. Niektórzy kwestionują nawet jego polskie pochodzenie etniczne. A mowa przecież cały czas o człowieku, który w gimnazjum miał odwagę, by spoliczkować rosyjskiego nauczyciela za nazwanie polskiego języka „psią mową". Warto więc zapytać: na ile Dzierżyński czuł się Polakiem? Na ile traktował rozpętany przez siebie terror w Rosji jako zemstę na ciemiężcach własnego narodu? Czy w trakcie kierowania bezpieką zdobywał się na jakieś niewytłumaczalne propolskie gesty? Pan życia i śmierci Ks. Roman Dzwonkowski, zasłużony badacz losów Kościoła w Związku Sowieckim, miał okazję usłyszeć niezwykłą relację o wymykającym się schematom zachowaniu Dzierżyńskiego. Historię tę przekazał mu ks. Piotr Pupin, proboszcz z Rubieżowa, miejscowości leżącej tuż za przedwojenną granicą polsko-sowiecką. „Otóż ksiądz Pupin opowiadał mi, że gdy w latach 50. przyjechał do Polski na pogrzeb swojej matki i odprawiał mszę św. w katedrze w Białymstoku, podszedł do niego w zakrystii jakiś starszy ksiądz i zapytał go, czy on jest z ZSRR. Gdy potwierdził, tamten powiedział tak: »A ja się co dzień modlę za Dzierżyńskiego, bo on mi życie uratował. Gdy siedziałem w Piotrogrodzie w więzieniu razem z grupą 40 księży i czekaliśmy na śmierć, bo wtedy masowo rozstrzeliwano – pewnego wieczoru przyszedł Dzierżyński i powiedział: Wychoditie czornyje kruki. I uwolnił nas«". Czyżby „Krwawemu Felkowi" przypominało się, że w młodości chciał zostać księdzem? Znana jest również relacja Wandy Bogusławskiej-Dramińskiej mówiąca o tym, jak Dzierżyński uratował jej wuja przed rozstrzelaniem. Pisze ona: „Kiedy Dzierżyński przeprowadzał dziesiątkowanie więźniów, wujek akurat musiał wystąpić jako ten dziesiąty. Być może rysy twarzy były za mało rosyjskie, w każdym razie Dzierżyński zapytał: – Odkuda ty? – A ja z Polszy, matematyk. – No, jak matematyk, to idź tam, tu na lewo, tu na prawo, tam długi korytarz, później drzwi i wyjdź, i idź! I wyjście okazało się na wolność". Przypadek okazania łaski polskim więźniom przez Dzierżyńskiego opisał również Bogdan Jaxa-Ronikier w wydanej w 1933 r. książce „Dzierżyński, czerwony kat". Wśród ludzi osobiście ocalonych przez szefa Czeka miał się znaleźć sam Jaxa-Ronikier. Twórca sowieckiej bezpieki rozpoznał w nim człowieka, z którym kiedyś siedział w więzieniu (Jaxa-Ronikier, przedstawiciel elit społecznych, trafił za kraty... za zamordowanie swojego szwagra). Dzierżyński miał opowiedzieć mu historię swojego życia, tłumacząc się ze swojego pragnienia zemsty na Rosjanach. Ciekawie napisana relacja Jaxy-Ronikiera jest jednak powszechnie uznawana za fikcję literacką. Choć Jaxę-Ronikiera łatwo zdeprecjonować jako kryminalistę i fantastę, to zdarzało się przecież, że Dzierżyński pomagał również niekwestionowanym polskim patriotom. W 1918 r. Bolesław Wieniawa-Długoszowski (ówcześnie członek POW, później jeden z najbardziej znanych współpracowników marszałka Piłsudskiego, nominowany w 1939 r. na prezydenta RP) został aresztowany w Moskwie przez Czeka i osadzony w areszcie na Łubiance. Szybko stamtąd wyszedł, a to za sprawą bezpośredniej interwencji Dzierżyńskiego. Jadwiga Sosnkowska, żona późniejszego wodza naczelnego z II wojny światowej, wspomina, że jej matka wielokrotnie chodziła do Dzierżyńskiego w 1918 r., do jego gabinetu na Łubiance, gdzie wskazywała ludzi, których powinien zwolnić z więzień. Zawsze spełniał prośbę. Kuzyn Piłsudskiego Wśród osób, którym „Krwawy Felek" prawdopodobnie uratował życie, znalazł się również... Józef Piłsudski. W 1923 r. Mieczysław Łoganowski, rezydent sowieckich cywilnych tajnych służb w Warszawie, opracował plan zamordowania Marszałka. Grupa komunistycznych dywersantów, udająca endeckich studentów, miała napaść na słabo chronioną willę Milusin w Sulejówku, w której mieszkał Piłsudski wraz z rodziną. Jak pisał Tadeusz Płużański: „Jakie cele, prócz najważniejszego – pozbycia się przywódcy polskiego państwa – chcieli osiągnąć Sowieci? Otóż słusznie spodziewali się wybuchu zamieszek, a nawet wojny domowej. (...) Do akcji odwetowej przystąpiliby zwolennicy zgładzonego Marszałka. Przypomnijmy, że niedawno zabity został pierwszy prezydent II RP Gabriel Narutowicz i sytuacja społeczno-polityczna była mocno kryzysowa. Korzystając z tych nastrojów, komuniści zamierzali wzniecić upragnioną rewolucję. Plan Łoganowskiego gorąco popierał jeden ze zdrajców z Tymczasowego Komitetu Rewolucyjnego Polski – Józef Unszlicht. Nie został jednak zrealizowany, gdyż zdecydowanie sprzeciwiła się mu... centrala w Moskwie w osobie Feliksa Dzierżyńskiego, przełożonego Łoganowskiego. Krwawy Feluś uznał, że w walce z pańską Polską wystarczą agitacja i dywersja". Łoganowski nie dawał jednak za wygraną i opracował kolejny plan zgładzenia marszałka Piłsudskiego. Tym razem zabójstwo miało być wyjątkowo spektakularne: „Przygotował potężny ładunek wybuchowy, aby odpalić go w centrum Warszawy. Termin ustalono na 3 maja 1923 r. – kolejną rocznicę uchwalenia pierwszej nowoczesnej konstytucji nowożytnej Europy. Eksplozja bomby była przewidziana w momencie, gdy marszałek Piłsudski razem z zaproszonym gościem – marszałkiem Francji Ferdinandem Fochem – odsłanialiby pomnik ks. Józefa Poniatowskiego na placu przed Pałacem Saskim. Wybuch miał zabić również dowódców Wojska Polskiego oraz najwyższych dostojników państwowych. Ofiarami padliby ponadto zagraniczni notable i warszawiacy (święto 3 maja przyciągało po odzyskaniu niepodległości tłumy ludzi). Tym razem Moskwa zaakceptowała plan. W ostatniej chwili terrorystyczny zamach został jednak zastopowany przez wysokiego rangą urzędnika sowieckiego, który ponoć przestraszył się konsekwencji. Nie ulega jednak wątpliwości, że akcję musiał wstrzymać ktoś na Kremlu – Dzierżyński" – wskazuje Płużański. W maju 1926 r. Komunistyczna Partia Polski dokonała zadziwiającego łamańca ideologicznego – poparła zamach stanu dokonany przez Piłsudskiego. Zrobiła to, choć wcześniej sowieccy dyplomaci prowadzili obiecujący dialog z endecją (opisany w książce Mariusza Wołosa „O Piłsudskim, Dmowskim i zamachu majowym"). Poparcie KPP dla piłsudczykowskich puczystów zostało później uznane za „błąd majowy" i stało się dla stalinowskich śledczych jednym z dowodów na głęboką penetrację tej partii przez polskie tajne służby. Czy do „błędu majowego" jednak doszło z powodu machinacji Dzierżyńskiego? Decydenci na Kremlu zostali przekonani, że Piłsudskiego warto poprzeć, bo będzie polskim Kiereńskim, słabym przywódcą, który wywoła chaos umożliwiający rewolucję komunistyczną w Polsce. Doskonale zorientowany w polskich sprawach szef sowieckiej bezpieki jakoś nie wyrwał ich z tego błędnego myślenia... Autopromocja Specjalna oferta letnia Pełen dostęp do treści "Rzeczpospolitej" za 5,90 zł/miesiąc KUP TERAZ Być może na zachowanie Dzierżyńskiego miało wpływ to, że Piłsudski był jego... dalekim kuzynem. Siostra „Krwawego Felka" Aldona Bułhak mieszkała w willi Marszałka w Sulejówku, a później w Belwederze. Jej syn był wówczas adiutantem Piłsudskiego. Feliks utrzymywał z siostrą kontakt korespondencyjny (co można uznać też za świetny kanał do ewentualnych tajnych kontaktów z Marszałkiem). Cały czas zapewniał ją, że kierują nim te same patriotyczne przekonania co w młodości: „Gdybyś widziała, jak żyję, gdybyś mi w oczy zajrzała – zrozumiałabyś, raczej odczułabyś – że pozostałem tym samym co dawniej" – pisał do niej w 1919 r. Siewca chaosu W II RP słusznie postrzegano Dzierżyńskiego jako zbrodniarza. Zdarzało się jednak, że dostrzegano w nim... polskiego mściciela. Krążyła anegdota o spotkaniu „Krwawego Felka" z Leonem Wasilewskim, bliskim współpracownikiem Piłsudskiego, podczas polsko-bolszewickich negocjacji pokojowych. Obaj znali się jeszcze z czasów rewolucji 1905 r. Dzierżyński miał go spytać, co o nim mówią w Warszawie. „Mówią, że mordujesz tysiące ludzi..." – bezceremonialnie odparł Wasilewski. Dzierżyński skorygował go: „Ale ja morduję nie ludzi, tylko Ruskich!". W ciekawy sposób sportretował twórcę sowieckiej bezpieki Ferdynand Antoni Ossendowski, pisarz znany ze swojego antykomunizmu, uciekinier z pogrążonej w rewolucyjnym chaosie Syberii. W swoim bestsellerowym „Leninie" (powieści, z powodu której NKWD rozkopało w 1945 r. grób Ossendowskiego, by sprawdzić, czy ten „wróg Związku Sowieckiego" naprawdę nie żyje) Ossendowski umieścił scenę, w której Dzierżyński jest bliski... zabicia Lenina. „Dzierżyński postąpił krok naprzód i szybkim, drapieżnym ruchem pochylił głowę. – Przyszedłem... – syknął – aby przypomnieć wam naszą pierwszą rozmowę w pałacu Taurydzkim w dzień powstania... Przyrzekliście postawić mnie na czele rządu polskiego, towarzyszu... – Wyznaczyłem Worosziłowa – odpowiedział Lenin. – Musi to być Rosjanin, gdyż Rosja będzie prowadziła wojnę z Polską. – Towarzyszu... – podniósł głos Dzierżyński, grożąc oczami – towarzyszu, rzekliście słowo... Można okłamywać ciemnych chłopów waszych, oszalałych robotników, buntowniczych i leniwych, ale nie mnie!... Ja wiem, czego żądam!... Wy nie rozumiecie tego, na co się porywacie! Wy nie znacie polskiego ludu! To nie Rosjanie! Polacy miłują sercem każdą grudkę ziemi, każde drzewo, każdą cegłę kościoła... Oni mogą się kłócić i za bary wodzić, lecz gdy o kraj pójdzie, gorze temu śmiałkowi, który nań się targnie!... Tam tylko ja oszukać, omamić, uśpić baczność i trwogę potrafię! Tylko ja! Za moją wierną służbę, za morze przelanej krwi, za pogardę i nienawiść, otaczające imię moje, żądam tego! Wyprostował się, lecz wzroku nie spuszczał z oczu Lenina. Ciężko oddychał i zaciskał ręką twarz drgającą. Chwilami kurczyła się tak, że odsłaniała mu zęby i dziąsła, jak gdyby krzyczał przeraźliwie, to znów rozchylała usta i zwężała oczy w straszliwej masce śmiechu. (...) Dzierżyński uderzył dłonią w stół i szepnął: – Żądam! Słyszysz ty, kusicielu, najeźdźco tatarski? Wyjdę stąd albo z dokumentem, podpisanym przez ciebie, albo po to, aby oznajmić, że umarłeś... Wiedz, że moi ludzie są tu wszędzie... Jeżeli zechcę, każę wymordować wszystkich w Kremlu... Żądam! Jeszcze raz uderzył pięścią w stół i umilknął. Lenin wyciągnął rękę do dzwonka elektrycznego. – Nie trudź się... dzwonek nie działa – syknął Dzierżyński, szyderczo patrząc na dyktatora. – Zresztą dziś w Kremlu na warcie stoją moi ludzie... Lenin nagle się zaśmiał. Żółta twarz stała się uprzejma i wesoła. – Chciałem prosić o papier! – zawołał. – Tylko o papier, cha, cha!". W II RP mało kto płakał nad losem carskiej Rosji. Co prawda w bardzo wielu publikacjach wskazywano na „azjatyckie barbarzyństwo" bolszewików i podkreślano, że stanowią zagrożenie dla Polski i całej cywilizacji ludzkiej, ale upadek państwa carów powszechnie uznawano za akt sprawiedliwości dziejowej. Czy Polska mogłaby bowiem się odrodzić, gdyby Imperium Rosyjskie nie upadło? Przed I wojną światową Rosja rozwijała się gospodarczo podobnie dynamicznie jak współczesne Chiny. Powstawały prognozy mówiące, że obok Stanów Zjednoczonych zdoła w ciągu półwiecza wygrać rywalizację ze starymi mocarstwami kolonialnymi. Rosja ze swoją ogromną armią była też jednym z filarów antyniemieckiej koalicji w I wojnie światowej. Gdyby nie doszło do rewolucji, Imperium Rosyjskie znalazłoby się wśród tych, którzy dyktowaliby warunki pokoju. Polska mogłaby się wówczas odrodzić jedynie jako małe wasalne państewko podporządkowane wielkiemu wschodniemu sąsiadowi. To, że tak się nie stało, w dużej mierze wynikało z tego, że dawne Imperium Rosyjskie zostało pogrążone w chaosie przez bolszewików. Rewolucja i wojna domowa zmieniły dynamicznie rozwijający się kraj w ruinę, zdziesiątkowały rosyjską inteligencję, w tym specjalistów mogących podźwignąć jej przemysł. Potężna rosyjska armia przemieniła się w zdezorganizowaną hordę, która nie była w stanie poradzić sobie nawet ze stosunkowo słabymi siłami odrodzonej Polski. Straciła aż do lat 30. zdolność prowadzenia dużych wojen ofensywnych. Ten pogrom był również w pewien sposób „zasługą" Dzierżyńskiego, którego szalony terror bił w rosyjskie elity, w tym wojskowe. Dzierżyński mógł przez to sprawiać wrażenie wrogiego agenta. Choćby wtedy, gdy w 1918 r. kazał rozstrzelać całe kierownictwo wywiadu wojskowego – doświadczonych carskich specjalistów, którzy przeszli na stronę bolszewików. Pokonany przez agenta ochrany Jeśli Dzierżyński rzeczywiście widział się w roli polskiego mściciela i pogromcy moskiewskiego imperializmu, to sam zniweczył swoją strategię, wspierając Stalina w kremlowskiej „grze o tron". Jak po latach Ławrientij Beria wyjaśniał swojemu synowi Sergo: Stalin wydawał się w ostatnich latach życia Lenina najmniej niebezpiecznym kandydatem do objęcia władzy po wodzu rewolucji. Trocki, Kamieniew czy Zinowjew postrzegali go jako nudnego aparatczyka, który może być kompromisowym kandydatem do przywództwa w partii. Miał porządzić kilka lat, a potem zostać wymieniony na kogoś poważniejszego, gdy któraś z partyjnych frakcji odniesie zwycięstwo nad innymi. Dzierżyński też hołdował tej iluzji. Aż w lipcu 1926 r. nastąpił wstrząs. Na jego biurko, w partii dokumentów wysyłanych sukcesywnie do centrali z leningradzkich archiwów, trafiła teczka wyraźnie wskazująca, że Stalin był jednym z najbardziej niebezpiecznych agentów ochrany (carskiej policji politycznej) w partii bolszewickiej (historię pracy Stalina dla ochrany oraz dzieje jego teczki drobiazgowo odtworzył amerykański historyk, były więzień Gułagu Roman Brackman w książce „The Secret Life of Joseph Stalin: A Hidden Life"). Teczka ta przez niemal dekadę leżała w archiwum pomiędzy mało ważnymi papierzyskami, ponieważ przeglądający ją funkcjonariusze nie kojarzyli nazwiska Iosif Dżugaszwili, prawdziwego nazwiska Stalina, którego używał, gdy został zarejestrowany jako TW przez ochranę. Dzierżyński był w szoku. Służący rosyjskiemu imperializmowi wróg przedostał się na sam szczyt w partii! Dwa dni później, 20 lipca 1926 r., Dzierżyński przemawia na partyjnym plenum. Jego długa mowa jest wołaniem o pomoc. Nie może powiedzieć wprost, co się stało, ale daje sugestie dotyczące wroga wewnętrznego. Słuchacze widzą w tym typową dla szefa bezpieki paranoiczną propagandową retorykę. Widzą jednak, że „Żelazny Feliks" jest w fatalnym stanie psychicznym. Dzierżyński co jakiś czas sięga po stojącą na mównicy szklankę z wodą, która jest sukcesywnie uzupełniana płynem. Nagle gwałtownie się osuwa. Zawał serca. Wezwany lekarz aplikuje mu zastrzyk. Szef bezpieki nie trafia jednak na ostry dyżur do szpitala. Wiozą go do jego mieszkania, gdzie pozwalają mu umrzeć. Później dochodzi do matactw w dokumentacji medycznej i w oficjalnych komunikatach. Raz podaje się jako przyczynę śmierci zawał serca, innym razem wylew. Wiele osób podejrzewa otrucie. 22 lipca 1926 r. Feliks Dzierżyński został z pełnymi honorami pochowany pod murem Kremla. Na jego cześć przemianowano na Dzierżyńsk miasteczko Kojadnów leżące w pobliżu dworku Dzierżyńskich. W 1932 r. będzie ono stolicą Polskiego Rejonu Narodowego im. Feliksa Dzierżyńskiego, który został unicestwiony, wraz ze sporą częścią miejscowych Polaków, w trakcie ludobójczej „operacji polskiej" NKWD z 1937 r. Tragicznie potoczyły się też losy części członków rodziny Dzierżyńskich. Starszy brat Feliksa Stanisław został zabity w 1917 r. w rodzinnym majątku przez rosyjskich maruderów. Ponoć na rozkaz Feliksa wytropiono morderców i bez większych ceregieli zgładzono. Drugi starszy brat, Kazimierz, był związany z AK. Zginął wraz z żoną podczas niemieckiej pacyfikacji rodzinnego dworu w 1943 r. Inny brat, Władysław, był pułkownikiem Wojska Polskiego i wybitnym neurologiem. Angażował się w działalność AK i został za to rozstrzelany przez Niemców w Zgierzu w 1942 r. Aldona Bułhak próbowała ratować przed śmiercią gen. Emila Fieldorfa, interweniując w jego sprawie u marionetkowych stalinowskich władz PRL. Bezskutecznie. Udało się jej za to ocalić przed śmiercią w ubeckim więzieniu swojego krewnego Władysława Siłę-Nowickiego, żołnierza WiN, a później znanego mecenasa i opozycjonistę. Może gdyby Feliks Dzierżyński nie odkrył teczki Stalina, pożył dłużej i przeszedł na emeryturę, stałby się ofiarą „operacji polskiej" NKWD z 1937 r. Może jednak wcześniej sam postawiłby Stalina pod ścianą i rozstrzelał jako „imperialistycznego agenta". „Porządnym robotnikom powinno się wydać pałki, żeby na koniec dnia mogli sobie użyć do woli na Żydach” – tak Nikita Chruszczow relacjonuje reakcję Stalina na wieść o robotniczym strajku w jednej z fabryk. Dyktator nie cierpiał Żydów, nie ufał im, a najbardziej uczulony był na syjonistów. W swoim otoczeniu nieustannie poszukiwał ukrytych Żydów lub ich agentów. Oskarżał własną córkę Swietłanę o podstępne „wprowadzanie Żydów do rodziny”. Był jednak lepszym taktykiem od Hitlera. Nie chwalił się głośno fobiami. Umiejętnie wyzyskiwał nastroje antysemickie do własnych celów. Ale równie sprawnie wykorzystywał samych Żydów: w Armii Czerwonej walczyło ich niemal pół miliona, ponad trzystu dosłużyło się stopnia generała, wielu nadano tytuł Bohatera Związku Radzieckiego. Kiedy jedni Żydzi z entuzjazmem witali rewolucję, bo niosła kres caratowi, który z antysemityzmu uczynił stałą metodę rozładowywania społecznych napięć, inni Żydzi ginęliw czystkach. Działo się tak i podczas rewolucji październikowej, i w latach 30., i po wkroczeniu Sowietów na tereny krajów przyznanych im paktem Ribbentrop-Mołotow. „Nasz wyrok śmierci został zamieniony na dożywotnie więzienie”, zauważyła jesienią 1939 r. Miriam Rejzen, Żydówka z Wilna, po wkroczeniu do miasta wojsk sowieckich zamiast niemieckich. Była zbyt wielką optymistką. Wkrótce Żydzi tysiącami zaczęli trafiać do łagrowych transportów. Mieli umierać w sowieckich gułagach tak samo jak Polacy, Ukraińcy czy Rosjanie. Jeśli przeżyli, nie oznaczało to końca ich męki. Nieważne, że komuniści traktowali ich jako wrogów klasowych. Po powrocie do domów stawali się w oczach sąsiadów żydokomuną. Armia Czerwona była siedliskiem antysemityzmu, przypomina Catherine Merridale, autorka nierównej, ale zgrabnie napisanej „Wojny Iwana”. Jednym z zadań sowieckiej cenzury było eliminowanie informacji o antysemityzmie i prześladowaniu innych mniejszości w oddziałach frontowych. Nie wolno było też informować o skali masowych mordów dokonywanych przez Niemców na Żydach. Na ten zakaz skarżyła się nawet tak wielka gwiazda sowieckiej propagandy jak Ilija Erenburg. Stalin nie chciał współczucia dla ofiar Holokaustu. Główną ofiarą wojny miał być naród do antysemickich ekscesów dochodziło w samym Związku Radzieckim, z dala od linii frontów. Fala uchodźców żydowskich przyczyniła się tam do powstania mitu, że Żydzi to tchórze i dekownicy, którzy nie chcą walczyć z Hitlerem. To wystarczyło jako pretekst do rozpoczęcia prześladowań. Najpełniejszą kroniką stalinowskiego antysemityzmu jest dzieło Arno Lustigera „Czerwona księga”. Opisuje kolejne fale nienawiści do Żydów: od masowych aresztowań z początku lat 20., przez antysemickie oblicze wielkiego terroru (1937 – 1938), aż po zwrot antysyjonistyczny związany z powstaniem Państwa Izrael i planowaną w komunistycznych krajach Europy Wschodniej przez Stalina serią procesów antysemickich (miało to być oczyszczanie lokalnych partii komunistycznych z „elementów żydowskich”). Wiele miejsca Lustiger poświęca Żydowskiemu Komitetowi Antyfaszystowskiemu. Jego historia doskonale oddaje stalinowską hipokryzję. Komitet założono w 1943 r. przez NKWD. Stojący na jego czele figuranci (m. in. Sołomon Michoels, znany aktor) ruszyli na Zachód walczyć o pomoc i sympatię dla Związku Sowieckiego. Za zebrane wśród zachodnich Żydów środki finansowe kupiono pokaźne zasoby broni i żywności. Autopromocja Specjalna oferta letnia Pełen dostęp do treści "Rzeczpospolitej" za 5,90 zł/miesiąc KUP TERAZ Koniec historii komitetu był jednak tragiczny. Jego członków aresztowano jako wrogów ludu i wydano wyroki śmierci. Sam Michoels zginął w 1948 rąk agentów bezpieki w sfingowanym wypadku samochodowym. Zgubiła go propozycja osiedlenia radzieckich Żydów na Krymie. Dla Stalina był to dowód spisku amerykańsko-syjonistycznego. Po 1945 r., gdy na terenach okupowanych przez Sowietów dochodziło do aktów antysemityzmu, NKWD patrzyło na nie przez palce. Stalinowi na rękę było udowadnianie, że tereny Ukrainy czy Polski zamieszkują faszystowscy nacjonaliści. Tę tezę lansowali na Zachodzie przez całą wojnę (szczególnie w otoczeniu prezydenta Roosevelta) także sowieccy agenci. Sugerowali, że przedwojenna Polska była krajem faszystowskim i że Polacy tak bardzo nienawidzą Rosjan, że w imię bezpieczeństwa ZSRR trzeba ich okupować. Jan Śledzianowski w książce „Pytania nad pogromem kieleckim” wspomina, że wieść o tragicznych wydarzeniach w Kielcach ucieszyła oficerów antyżydowskie działania machiny państwowej były jednoznacznie oceniane przez część rosyjskiej inteligencji. „Przez nasz kraj przeszła fala antysemityzmu, który był wyrazem ideologii faszystowskiej”– pisała w 1952 działaczka Komsomołu Lina Kaminska. Jak zauważa Yuri Slezkine w „Wieku Żydów”, wydarzenia z ostatnich lat życia Stalina były bezprecedensowe, opadła maska obłudy. Wcześniej sowieccy Żydzi ginęli, bo zarzucano im religijność (tak jak Polakom czy Rosjanom), nacjonalizm (jak Czeczenom czy Tatarom krymskim) albo odchylenia ideologiczne (jak bucharinowcom czy trockistom). Teraz mieli ginąć tylko dlatego, że byli Żydami. „Czego nie osiągnął Hitler, tego dokonał Stalin, a za nim jego naśladowcy w innych krajach”– pisze Slezkine. Tezy komunistycznych historyków o dobrym Stalinie, który ratował Żydów przed złym Hitlerem, są dziś nie do obrony. Ponurym żartem historii wydają się dziś uroczyste akademie organizowane przez żydowskich weteranów wojskowych po II wojnie światowej (także w Polsce) ku czci rocznic rewolucji październikowej. To rząd tymczasowy powołany w Rosji po rewolucji lutowej zniósł w 1917 r. antysemickie ustawy. Bolszewicy przeciwnie, w kolejnych latach odebrali Żydom wszelkie swobody. Nikt nie ma monopolu na socrealizm. Udowodnił to właśnie Jan Polkowski, który w tygodniku „W sieci” czyta „Lalkę” Prusa jako pamflet na polskość. „Powieść Prusa jest od 130 lat podglebiem ideologów odpolaczenia Polaków” (swoją drogą ten wymyślony przez niego czasownik przypomina „odrobaczenie”). I nie, nie ma tym wywodzie jakiegoś drugiego dna, o które moglibyśmy podejrzewać subtelnego poetę. Najlepiej Polkowskiemu odpowiedział Jerzy Sosnowski, pisarz i znawca literatury tego okresu. Otóż Polkowski przede wszystkim demaskuje Wokulskiego, rusofila, który kolaboruje z carską armią, nienawidzi Polski i Polaków, antyklerykała i zaślepionego postępowca. To jeszcze nic, okazuje się, że byłby z niego materiał na faszystę albo komunistę, bo tak nienawidził ludzi. Generalnie jest to gnida, którą Prus nie wiedzieć czemu idealizuje. A dzisiaj przecież wiadomo, co by robił Wokulski – sprzedawałby Mistrale Rosjanom i wspierał separatystów na Ukrainie. Zresztą z samego Prusa żaden patriota. Lży tę Polskę i Warszawę, a chwali inne Paryże. No i jak to możliwe, że słowa Polska używa tylko raz „w obleśnej scenie flirtu Izabeli ze Starskim”, a przecież Polska nie powinna bohaterom schodzić z ust (mniejsza o to, czy cenzura rosyjska by to puściła). Cały ten wywód służy Polkowskiemu przede wszystkim do tego, żeby pokazać, dlaczego „Lalka” była użyteczna w PRL-u, kiedy „tworzono literaturę fałszującą rzeczywistość”. I ta „Lalka” – postępowa, tendencyjna, antypolska, prorosyjska – była jak znalazł. Najzabawniejsze jest to (jeśli w tym popisie barbarzyństwa może być cokolwiek zabawnego), że Polkowski dokonuje takiej samej ideologicznej redukcji tekstu, jaką jego zdaniem robiły podręczniki w PRL-u, kiedy wychwalały Prusa. Zamiast literatury postępowej i reakcyjnej wprowadza podział na patriotyczną i antypolską. Przerażający jest sposób, w jaki Polkowski czyta literaturę: wyrwane z kontekstu zdania, myśli narratora i różnych bohaterów wzięte za deklaracje ideowe samego pisarza, jakby to był poradnik agitatora, a nie powieść. Jeszcze bardziej przerażająca jest wizja literatury, która ma nas „zapolaczyć” (skoro tamta „odpolacza”). Czy tyle lat po Gombrowiczu można jeszcze całkiem serio stawiać literaturze zadania patriotyczne? A może ma być jeszcze optymistyczna i rysować świetlaną przyszłość naszej Polski „najpolstszej”? (To określenie z najnowszej książki Ziemowita Szczerka „Siódemka” – oj bardzo, bardzo antypolskiej). Jedno trzeba Polkowskiemu przyznać – nie jest sam. Podobne zawłaszczanie ideologiczne literatury odbywa się i z prawa, i z lewa. I można postawić między niemi znak równości – kiedy literatura staje się „reakcyjna” i „szkodliwa” zdaniem lewicy albo „antypolska” zdaniem prawicy, to znak, że nie chodzi o literaturę, ale o walkę ideologiczną. Ma to tyle wspólnego z literaturą, co zakładanie majtek Puchatkowi. Tylko tym razem nikomu nie jest do śmiechu. 6 lutego minęło 110 lat od urodzin tego, kogo Janusz Szpotański uczynił groteskowym „Gnomem”. Ten epitet tak odpowiadał na zapotrzebowanie nie cierpiącej Władysława Gomułki (powiedzmy jasno: nie bez słusznych przyczyn) inteligencji, że chyba przylgnął do niego na wieki. Czy słusznie? W 1975 roku do Warszawy przybył na zjazd PZPR Leonid Breżniew. W Sali Kongresowej doszło do skandalu – gensek zachowywał się dziwacznie, jakby był znarkotyzowany. Jak wspomina jeden z liderów PZPR Józef Tejchma, najpierw pominął Gierka i pobiegł całować gości zjazdu. Potem „zarządził robienie zdjęć. Fotografów nie było, bo zdjęć w holu nie planowaliśmy, więc ustawił Jaroszewicza twarzą do pierwszych sekretarzy, sam nogi zsunął na baczność, podciągnął swoją marynarkę i jakby zza zasłony starych aparatów fotograficznych zrobił palcami pstryk. Zdjęcie gotowe – oświadczył. Jaroszewicz uciekł do kąta, Jaruzelski schował się za filar”. Charakterystyczne, że pierwsza myśl, jak przyszła do głowy obserwującemu ten spektakl Tejchmie brzmiała: co by się działo, gdyby Breżniew tak się zachował na zjeździe polskiej partii, ale rządziłby dalej Gomułka…? A mogłoby być naprawdę różnie. Jak śmiecie odmawiać?! Gomułka był oczywiście tyranem. Był z usposobienia autokratą („to dobry towarzysz, posłuszny” – czy trzeba więcej niż ta sformułowana przez niego charakterystyka jednego z kolegów z Biura Politycznego?). I miał niebagatelny udział w zainstalowaniu w naszym kraju systemu, sprzecznego z wolą większości. Choć i wtedy był inny od większości swych towarzyszy. Jak wspomina Leonard Borkowicz, z którego „Wiesław” chciał zrobić zastępcę komendanta głównego MO „Gomułka chciał, żebym w razie konieczności zrobił w milicji wielką czystkę, wprowadził tam ludzi uczciwych i w miarę możliwości kompetentnych, a przede wszystkim pozbawił wpływu na sprawy milicyjne „Lenę” - Helenę Wolińską (potem krwawą prokurator – PS) (…) powiedział, że oczekuje iż uda mi się zrobić z milicjantów, czujących się teraz często panami społeczeństwa, urzędników w służbie obywateli”. Naiwne. Ale na tle tego, jak myśleli wtedy inni przywódcy polskich komunistów – odmienne. „Policja jest dobra na krótką metę, a nie jako system” – uważał. Jego towarzysze sądzili odwrotnie. Był człowiekiem szaleńczo odważnym. Potrafił coś, na co nie zdobył się żaden inny lider komunistyczny: autentycznie stawiał się Stalinowi (z jednej z takich rozmów pochodzi umieszczony w leadzie cytat). Potrafił nie ulec nawet, gdy szef politycznej policji Ławrentij Beria zaczął krzyczeć: „jak śmiecie odmawiać, kiedy Stalin wam proponuje?!” (chodziło wtedy o to, by Gomułka po odwołaniu ze stanowiska szefa PPR zgodził się firmować własny upadek i wejść do Biura Politycznego). Te spory ze Stalinem, a także z innymi polskimi komunistami, lojalnymi wobec Moskwy miały treść polityczną. Bo Gomułka był autentycznym patriotą. Niesłychanie wyczulonym na zagrożenia dla Polski. I te z zachodu, i te ze wschodu. Jak wygląda wschodni porządek, dostrzegł już na początku lat 30, gdy przebywał w Rosji. Pozostał komunistą. To, co tam zobaczył, doprowadziło go jednak do refleksji, jakie nie stały się udziałem ogromnej większości jego towarzyszy. Napisał, że kolektywizacja była „pierworodnym grzechem leżącym u podstaw wszelkiego zła, jakie w tak masowej skali wystąpiło w Związku Radzieckim za czasów Stalina. Nikt nie jest w stanie określić rozmiarów ujemnych następstw, szczególnie natury moralnej, jakie sprowadziło to na społeczeństwo radzieckie i zaciążyło na jego tradycjach”. Nie chciał tego dla Polski. Bo to Polska była dla niego celem i głównym punktem odniesienia. Ojczyzną. Innym celem był komunizm, w który wierzył. Natomiast Związek Radziecki nie był dla niego czymkolwiek, co darzyłby sentymentem. Odwrotnie – nieufność wobec „ojczyzny proletariatu” miał zakodowaną głęboko. Spośród represjonowanych na przełomie lat 40 i 50 przywódców państw komunistycznych tylko Gomułka był zdjęty nie za niewinność, tylko za coś rzeczywistego – za świadomy sprzeciw wobec uczynienia z jego kraju radzieckiego protektoratu, a potem dalszemu zmniejszaniu jego autonomii. To nie są czcze słowa. „Wiesław” już w 1945 roku protestował wobec Stalina przeciw aresztowaniu przez NKWD 16 przywódców Polski Podziemnej. Nie dlatego, żeby był po ich stronie. Jako się rzekło, był autokratą i komunistą, autorem frazy „władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy”. Ale ta jego komunistyczna Polska miała być suwerenna. Jeśli ktoś miał aresztować i sądzić polskich konspiratorów – to warszawski reżim, a nie Moskwa. W 1947 roku otwarcie sprzeciwił się utworzeniu Kominformu – struktury, mającej być narzędziem Kremla dla kontrolowania partii komunistycznych. Jego opór był na tyle silny, że uległe Moskwie Biuro Polityczne musiało formalną uchwałą zobowiązać go do głosowania za radziecką propozycją. W czerwcu następnego roku, gdy jasne już było, że kończy się okres nawet formalnego respektowania narodowych specyfik „krajów demokracji ludowej”, i wszystko ma upodobnić się do radzieckiego wzorca, „Wiesław” zaczął jakby prowokować los. Najpierw w trakcie przygotowań do zjednoczenia PPR i PPS wygłosił referat, w którym stwierdził że to polscy socjaliści mieli rację, walcząc o niepodległość, a polscy komuniści pod tym względem zbłądzili. Potem, gdy Josif Wissarionowicz zarządził rozprawę ze zbyt niezależnym marszałkiem Tito, kiedy dyplomata radziecki zażądał by Polska przyłączyła się do nagonki, Gomułka zareagował otwarcie nieprzychylnie. Zapowiedział, że przedstawi ten list z Kremla na Biurze Politycznym - z negatywną rekomendacją. Ale, jak pogardliwie dodał ku konsternacji nie przywykłego do takiego tonu Rosjanina, Biuro oczywiście przyjmie rosyjską propozycję – „bo oni zgodzą się ze wszystkim, co każecie”. Z obrony Tity nie chciał się wycofać, mimo namów ze strony niemal wszystkich stronników, przerażonych perspektywą politycznej i fizycznej zagłady. Nie było żadnego innego przywódcy komunistycznego, który zachowywałby się w ten sposób. Nie mógł nie zdawać sobie sprawy, czym to musi się skończyć. Conrad, Dickens, Jan Potocki I skończyło się tak, jak musiało, choć w wersji soft – czteroletnim pobytem w areszcie śledczym. Luksusowym, jak na stalinowskie standardy. Przez te cztery lata Gomułka wyjątkowo dużo czytał, wręcz pochłaniał książki. Przy czym, jak wynika z codziennych raportów strażników, prawie nie brał do ręki dzieł Lenina-Stalina. Co natomiast przeczytał? Między innymi „Lorda Jima” Conrada, „Klub Pickwicka” Dickensa, „Popioły” Żeromskiego, szereg dzieł Gogola i Marka Twaina, „Podbój miasteczka Plassans” Emila Zoli, „Wybór poezji” Puszkina, „Ziemie polskie w starożytności” Kazimierza Tymienieckiego, zredagowaną przez Tuwima antologię „Polska nowela fantastyczna” (czyli „Ja gorę” Rzewuskiego i „Historię komandora Torelwy”, czyli fragment „Rękopisu znalezionego w Saragossie” Jana Potockiego), „Dzieciństwo, lata chłopięce, młodość” Tołstoja, Zapolskiej „Utwory dramatyczne”, Honore de Balzaca „Nieznane arcydzieło”, „Marysieńkę Sobieską” Boy’a, „Księgę apokryfów” Karela Čapka, „Niezrównanego pana Tsao-Tsyjue” Lao-Sze. I „Żywoty sławnych mężów” Plutarcha. To nie jest zestaw lektur kogoś ograniczonego. Odwrotnie – ta lista wskazuje na szerokie horyzonty, i spore możliwości intelektualne. Nie pasuje natomiast do stworzonego przez Szpotańskiego wizji Gnoma. Gdy wyszedł, odwiedził go – osobę prywatną - wicepremier PRL i przekazał zaproszenie z Kremla, aby wyjechał na wakacje do ZSRR. „Wiesław” odmówił. Powiedział, że jeśli towarzysz Chruszczow chce się z nim spotkać, to niech przyjedzie do Warszawy, a wtedy on, Gomułka, chętnie z nim porozmawia na wszystkie tematy. Wspomina Jan Olszewski, potem premier, wówczas dziennikarz antystalinowskiego „Po Prostu”, jak wraz z kilkoma kolegami, zaproszeni przez współpracowników Gomułki, odwiedzili „Wiesława”: Przyszliśmy o dziewiątej rano, a gdy wychodziliśmy, robiło się już ciemno. To była fascynująca rozmowa. (…) Gomułka mówił, że Związek Sowiecki musi nam zrekompensować straty, jakie ponieśliśmy w wymianie gospodarczej. Powiedział wprost: „to nie był handel, tylko rabunek”. (…) Na pytanie, co się stanie, jeśli ZSRR nie zechce zrekompensować nam tych strat, odparł: „Wtedy będziemy musieli zwrócić się o pomoc do USA”. I dalej Olszewski: Gdy we wrześniu 1944 r. prawy brzeg Wisły został zajęty przez Armię Czerwoną, moi rodzice nie mieli złudzeń, z czym będziemy mieli do czynienia: z narzuconą agenturą… W końcu lat 40 nie widziałem różnicy między Gomułką a Bierutem. Byli dla mnie tacy sami”. Ale po kontaktach z bliskimi Gomułce oficerami i po rozmowie z nim samym „niektóre rzeczy zaczęły mi się rysować nieco inaczej”. Wcześniej przyjmowaliśmy, że każdy z tamtej strony jest zdrajcą albo zdradę firmuje. Z perspektywy czasu – o Gomułce nigdy bym tego nie powiedział. Jaka głęboka nieufność! Gdy wrócił do władzy, jego podstawowymi troskami było zachowanie suwerenności wobec ZSRR i utrwalenie zachodniej granicy. Te zagadnienia łączyły się, bo Gomułka bał się – nie bezzasadnie – że w ramach jakiegoś szerszego porozumienia Moskwa zgodzi się na oddanie Niemcom Ziem Odzyskanych. Już tuż po zakończeniu wojny żądał, by Moskwa formalnie zagwarantowała Odrę i Nysę, a skoro nie chciała uczynić tego jawnie – to chociaż w tajnym protokole. Po obaleniu Gomułki towarzysze rozliczali go i z tego. Jakub Berman wołał: „Tajny protokół? PPR chce związać tajnym protokołem, niejawnym protokołem ZSRR i Stalina, żeby go potem „trzymać za rękę”? Jaki nonsens. Jaka głęboka nieufność!”. Aleksander Zawadzki zdumiewał się: „Jak można wierzyć w papierek, a nie wierzyć w słowo Stalina!? W całym postępowaniu „Wiesława” w stosunku do Związku Radzieckiego była ta narodowa zaściankowość i ciągłe obawy o suwerenność Polski”… Tylko że coś na rzeczy było. Na początku ponownych rządów Gomułki, w 1957 r. odwiedził go radziecki ambasador. W skierowanym do Moskwy raporcie z tej rozmowy, odnalezionym w poradzieckich archiwach przez historyka z IPN dr Władysława Bułhaka rosyjski dyplomata odnotował, iż nowy szef PZPR powiedział: Okazuje się, że Bierut wniósł na Biurze Politycznym propozycję, żeby oddać Niemcom Ziemie Zachodnie. Właśnie żeśmy to odkryli. Brzmi to sensacyjnie; żaden z historyków nie odkrył dotąd śladu takiej inicjatywy Bieruta. Ale… gdy po śmierci Stalina przez kilka miesięcy ogromne wpływy miał w ZSRR Beria, nie krył się z planami oddania NRD w zamian za neutralizację Niemiec i pomoc gospodarczą. Być może jego pomysły szły dalej, w stronę rozszerzenia zjednoczonych Niemiec o utracone wschodnie tereny, być może (Beria był wtedy bardzo pewny siebie) zdążył zapuścić sondę skierowaną do Bieruta, a ten opowiedział o tym towarzyszom z kierownictwa? Rzecz jasna nie w formie propozycji oddania Odry i Nysy, ale nieformalnego zasygnalizowania, że jest taka ewentualność…? Utrzymaniu Ziem Zachodnich podporządkowywał wszystko. Jako jedyny lider państwa komunistycznego sprzeciwiał się wyrokowi śmierci dla obalonego przez radziecką interwencję węgierskiego premiera Imre Nagy’a i przez dłuższy czas niemal bojkotował wprowadzonego przez Rosjan do Budapesztu Janosa Kadara. Na wiadomość o powieszeniu Nagy’a zareagował jednym ze swych słynnych ataków furii (uważał, że Chruszczow zapewnił go, iż wyrok nie będzie wykonany), ale nagle uspokoił się i powiedział: No tak, towarzysze, ale Nagy już nie żyje, a Polska musi trwać. Gdy w 1964 r. w ZSRR obalono Chruszczowa (który zresztą czuł wobec Gomułki respekt, faworyzował go i podziwiał, jako tego który nie bał się Stalina, ale zarazem momentami czynił wrażenie, że flirtuje z podobnymi co Beria koncepcjami), przywódcy radzieccy i polscy spotkali się w Białowieży. Gomułka (według podpisanej przez Breżniewa notatki, również odnalezionej przez Bułhaka) mówił wtedy, iż sam Chruszczow parokrotnie „podnosił tezę o konieczności nowego Rapallo”. To musiało wzbudzać obawy „Wiesława”, bo zawarty w 1922 r. układ w Rapallo stał się podstawą antypolskiej współpracy Moskwy i Berlina. Na tymże spotkaniu lider PZPR krytykował też b. genseka za to, że „występował w imieniu wszystkich krajów socjalistycznych, nie przeprowadzając wcześniej (z nimi – PS) konsultacji w sprawach polityki zagranicznej (…) nie poradziwszy się nas”. Wymienił tu o zainstalowaniu rakiet atomowych na Kubie. Takie sprawy zdaniem „Wiesława” powinny być omawiane i decydowane przez wszystkie kraje socjalistyczne – z istotnym głosem Polski. Bo według Gomułki międzynarodowy ruch komunistyczny nie miał być dodatkiem do ZSRR. To się nie mogło podobać w Moskwie, również po obaleniu Chruszczowa Tym bardziej że „Wiesław” zdecydowanie bronił suwerenności, i bronił Polski przed bezpośrednimi ingerencjami. „Gdy kierownictwo radzieckie usiłowało kogoś (spośród działaczy PZPR) zbyt wyraźnie forsować i Gomułka się zorientował, przesądzało to o jego negatywnej decyzji”, zanotował po latach Andrzej Werblan, dygnitarz za rządów i „Wiesława”, i Gierka. Gdy ku uldze Kremla odszedł, zmieniło się to. Skala współpracy Polski z Moskwą w dziedzinie gospodarki, wojska, służb specjalnych itd. za czasów Gierka była znacznie większa niż za Gomułki — napisał historyk, prof. Antoni Dudek. W czasie pierwszej po przewrocie z grudnia ‘70 wizyty w Moskwie, gdy Gierek z Jaroszewiczem zapewniali „radzieckich”, że porzucą gomułkowskie błędy i będą już teraz jednoznacznie, zwłaszcza w gospodarce, orientować się na Moskwę, Breżniew, chwaląc ich, powiedział: „Szczerze mówiąc, w ostatnim czasie odnosiliśmy wrażenie, że towarzysz Gomułka użera się z nami o każdą kopiejkę, jak kramarz…”. Czy to radziecka intryga legła u podstaw pozbawienia go władzy? Tak jednoznaczne stwierdzenie byłoby ponad miarę obecnie znanych dokumentów i świadectw, choć Kostikow, wieloletni szef „polskiego sektora” KPZR wspomina, że co najmniej od 1968 r. w kręgach decyzyjnych Moskwy panowało przekonanie, że niedługo w Warszawie rządzić będzie Gierek. Gierek, który jeszcze kilka miesięcy przed Grudniem w rozmowie z Mieczysławem Rakowskim krytykował „Wiesława” za podpisanie układu granicznego z RFN bez uzgodnienia z Rosją, i konkludował „od dłuższego czasu podejmujemy kroki, które budzą w Moskwie niechęć. Wykazujemy bardzo słabe zainteresowanie rynkiem radzieckim. Towarzysze radzieccy widzą, że nam zależy tylko na Zachodzie”… Niezależnie jednak od „radzieckich” i ich domniemanego wsparcia (czy może wręcz inspiracji) dla wewnątrz PZPR-owskiego puczu, Gomułka własnymi ciężkimi błędami (chodzi zwłaszcza o reakcję na rewoltę Wybrzeża) sam zapracował na swoją klęskę. Ale z całą świadomością można powiedzieć jedno: „Wiesław” był niekompatybilny z systemem radzieckim. Nie z ideologią komunistyczną, ale z systemem radzieckim. Co więcej, był taki przez cały czas, od ’45 do ’70 roku. I z całą pewnością była to jedna z przyczyn, dla których utracił władzę. Być może była to przyczyna najważniejsza. —————————————————————————————————- Zachęcamy do kupna miesięcznika „wSieci Historii” w wersji elektronicznej! E - wydanie miesięcznika - to wygodna forma czytania bez wychodzenia z domu, na monitorze własnego komputera. Dostępne są zarówno wydania aktualne jak i archiwalne. Wejdź na: i wybierz jedną z trzech wygodnych opcji zakupu. Publikacja dostępna na stronie:

dlaczego stalin nienawidził polaków